Fishmac:

Z mojego, bourbon-owego, punktu widzenia jak na tak niewielki (pod kątem metrów kwadratowych) festiwal było całkiem sporo do degustacji. Idąc “od wejścia” po kolei wpadało się na stoisko #4 gdzie do sprawdzenia była cała gama Rebel Yell czyli “standardowy” i small batch bourbon oraz small batch rye i american whiskey (były też wersje honey i cherry ale nie ma co tracić na nie czasu). Na tym samym stoisku można było znaleźć bourbon i straight rye od Ezra Brooks oraz całą gamę smakowych moonshine-ów na które szkoda było gardła 😉 Generalnie nie są to wyjątkowo porywające pozycje ale fajnie było pogadać z kimś z europejskiej dystrybucji tych marek i poznać trochę szczegółów dot. planów importowych na najbliższe miesiące. Na stoisku #11 można było z kolei spotkać markę Jefferson’s z selekcją wcale nie “najniższych” edycji. Do degustacji (niestety już płatnej) zostały postawionej butelki bourbona “Ocean” i “Groth Cask Reserve” a na “deser” jeszcze można było spróbować “Barrel Aged Manhattan” czyli dobrze znany cocktail na bazie Jefferson’sa który dodatkowo leżakował sobie w beczce, ot taka ciekawostka. Te dwie wersje Jeff’a też są wyjątkowo ciekawe ale ich opis zostawiam sobie na później przy okazji innego wpisu. Na pierwszym piętrze to by było już wszystko więc przenosimy się na drugie gdzie jedynie na stoisku Tudor-a (#18) doszukałem się kilku butelek Westland-a (może to i nie bourbon ale jednak zawsze USA), kolejne smakowe moonshine-y Old Smoky oraz zakamuflowana gdzieś na stole i nie ciesząca się powodzeniem marka Prichard’s (z Tennessee) której Double Barreled Bourbon od jakiegoś czasu chodził mi po głowie. Spróbowałem, fajny, ciekawy… z butów nie wyskoczyłem ale warto zdegustować i samemu ocenić. Podczas WLS brałem też udział w master class Glenfiddich gdzie Mateusz postawił całkiem fajne flaszki… 30YO to taki mega klasyk, jakby standardowe 12YO tylko lepsze, głębsze w smaku i duuuuużo dłuższe na finishu, Snow Phoenix to jak na NASa mega klasa a osobiście najbardziej zaimponował mi 19YO finishowany w beczkach po czerwonym winie – pierwszy “Red Wine” który mi faktycznie smakował. Na koniec jeszcze była master class Glenmorangie i Ardbeg. Glenmorangie to niestety nadal nic porywającego, chyba poprostu nie trafia w mój smak, nawet Vintage 1990, choć dobry, to nie porwał na tyle aby zapamiętać go na długo. Ardbeg wjechał ze “sklepową” wersją Kelpie która spodobała mi się jeszcze mniej niż wersja “committee release” ale na koniec Kuba przygotował wersję Twenty One której nie miałem wcześniej okazji degustować i powiem szczerze, że BARDZO dobrze się zaprezentowała! Gdyby nie jedno małe “ale” to by była dla mnie whisky tego festiwalu… to małe “ale” znalazłem na stoisku “Stacja Dram” gdzie było sporo butelek od IB, m.in. Samaroli (szukałem i szukałem ale do fajnych zaliczyłem jedynie “Sherry 1992”) oraz Adelphi gdzie sprawdziliśmy kilka ciekawszych butelek. Gwiazdą okazał się Laphroaig 1996 właśnie od Adelphi – 20 letni (tegoroczny bottling) Refill Sherry Butt w mocy beczki! Whisky bardzo, bardzo ciekawa i dobra – warto szukać całej butli w dobrej cenie (“wyjściowa” to ponad 200 euro ale myślę, że może szybko rosnąć). Ogólnie event bardzo fajny, nie było takiego ścisku jak w Warszawie i ogólny klimat na prawdę w porządku.

Bomber: 

Ten festiwal traktowałem bardziej jako okazja do spotkania się ze znajomymi, przy okazji odwiedzenia rodzinnych stron. Nie oczekiwałem fajerwerków i nowości, liczyła się dla mnie atmosfera i towarzystwo. Miejsce – wręcz idealne jeśli chodzi o  Sopot, widok na Molo, latarnię oraz plażę, skutecznie oddawał klimat miasta. Planem jaki sobie obrałem, było sprawdzenie szwedzkiej whisky Mackmyra, którą od dwóch lat zaniedbałem. Wersja 10Yo – pozytywnie mnie zaskoczyła, wręcz powiem, że nie spodziewałem się po szwedach jakiegokolwiek fajerwerku, a tu proszę. Pozostała część trunków z portfolio była taka sobie, wersja motorhead niestety była zbyt “wodnista”. Cel osiągnięty. Co mnie jeszcze zaskoczyło? 12 letnia Tullibardine The Murray o mocy z beczki, po nieudanym spotkaniu z Vintage 1988, kolejne, pozytywne zaskoczenie. Również jak u Fisza, mocno do gustu przypadł mi Snow Phoenix od Glenfiddicha, ale po kilku kroplach, uznałem, że lepiej będzie go zachować na inny dzień, by sobie go opisać. Idąc dalej – Glengoyne w CS’ie, Glenfarclas 21YO, bottlingi Adelphi, było w czym wybierać 🙂 Na stacji dram zostawiłem właściwie wszystkie swoje kupony, na serię Artist oraz Dalmore’a z 1989r.
Na festiwalu też trafiły się różne wynalazki typu: Nomad, dojrzewający poza Szkocją, Floki, suszony owczymi odchodami i włoska Puni, która ma równie piękną butelkę, co tragiczny smak. Patrząc już historycznie na to wydarzenie, to uznaje je za bardzo udane. Spotkałem znajomych, poznałem nowe marki, zrobiłem zapasy i co najważniejsze, dobrze się bawiłem przez cały czas trwania WLS. Z rzeczy, które żałuje, to to, że zapomniałem spróbować i odhaczyć Bruichladdicha Black Art.

Tomo:

Wakacyjna atmosfera, brak tłumów i jak to zwykle bywa na takich eventach – dużo whisky. Świetną sprawą była stacja dram, porządna selekcja i kilka świeżutkich flaszek i własne naklejki na buteleczki z samplami. Laphroaig 1996 od Adelphi i Highland Park 15yo z serii Artist to moje typy, warto upolować i spróbować. Na stoiskach było różnie, od średnio smacznych wynalazków spoza Szkocji przez flaszki z górnej półki jak Glenfiddich 40yo czy St. Magdalene z 1982 roku, do wódek, nalewek i rumów. Na stoisku Tudor House sporo nie byle jakich dramów w cenie biletu; Glenfarclas 21yo, 12-letni Glen Ord od Adelphi to tylko dwie z wielu pozycji – było w czym wybierać. Z oficjalnych bottlingów jakich miałem przyjemność próbować to Glenfiddich Snow Phoenix i 19yo Age of Discovery Red Wine Cask… klasa, tak samo Ardbeg 21yo i Bruichladdich Black Art. Dobre rzeczy, oby więcej takich inicjatyw na lokalnym podwórku.

 

Kilka fotek z eventu