Trochę czasu minęło od wydarzenia, ale w końcu emocje opadły, a smak pastisu uleciał z żołądka, to można się zabrać za opis tego wspaniałego festiwalu. Chyba nie będzie to zbytnim spoilerem, jeżeli napiszę, że do tej pory jeszcze żaden nie zrobił na nas tak piorunującego wrażenia jak ten, a poprzeczka potrzeb poszybowała w górę jak statek kosmiczny.

Zacznijmy od początku, Whisky Live Paris organizowane jest co rocznie w okolicach września, a organizatorem jest powszechnie znany i ceniony Francuski sklep, dystrybutor i pewnie jeszcze wiele innych… La Maison Du Whisky. Sprzedaż biletów rozpoczęła się w marcu, a oferowane były one w dwóch wariantach – zwykłe i z dostępem do strefy VIP. Te najdroższe nie przekraczały 200 EUR za bilet, a jak ktoś nie zwlekał z ich zakupem, to mógł liczyć na skromny upust za niecierpliwość. Bilety VIP dawały dostęp do specjalnej strefy “na pięterku” gdzie swoje stanowiska mieli w większości independend bottlerzy z LMDW na czele. Dodatkowo lepsze bilety upoważniały do wcześniejszego wstępu na teren festiwalu, a co za tym idzie szybszego dostępu do perełek, które nam przygotowali wystawcy. Patrząc po cenach Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze, to bilet VIP nie wydaje się skokiem na nasze portfele :).

Wydarzenie dla zwykłych śmiertelników trwa 2 dni (sobota i niedziela), trzeci dzień (poniedziałek) poświęcony jest dla ludzi “z branży”, więc jeżeli chcemy wziąć w nim udział, oprócz swojego CV trzeba napisać nie lada uzasadnienie w liście motywacyjnym. My wybraliśmy się tylko na sobotę i niedzielę. Festiwal odbywa się poza ścisłym centrum Paryża, ale ma bardzo przyzwoity dojazd, praktycznie w 30 min można na spokojnie do niego dotrzeć z dowolnego miejsca w centrum.

To co odróżnia WLP od festiwali znanych z naszego kraju to to, że nie funkcjonuje tam instytucja kuponów. To co wystawcy mają do zaoferowania jest dla nas dostępne bez dodatkowych opłat. Wyłączeniem jest dedykowany sample bar, sklep festiwalowy oraz strefa z koktajlami i jedzeniem. Oprócz tytularnej whisky, znajdziemy na festiwalu różne malternatywy & friends – brandy, koniaki, rumy, giny, likiery oraz (tu największy szok) strefę z japońską sake.

Powyższe czynniki oczywiście wpływają znacząco na frekwencję festiwalu. Będąc na 30 min przed otwarciem bramek, uraczyła nas już kolejka na (pi razy drzwi) 100 metrów, z gęsto zaludnioną populacją whiskopijców. Kolejka na szczęście, po otwarciu drzwi, dosyć sprawnie się poruszała i praktycznie po godzinie od dotarcia na miejsce można już było robić pierwszy obchód sali. Na dzień dobry goście otrzymali swoją copitę i książeczkę z mapką i dwoma kuponami na koktajle. Przechodząc przez główne wrota wejściowe, przed nami ukazał się obszar o areale Festiwalu w Jastrzębiej Górze, o zagęszczeniu znanym nam z WLW czy M&P… czyli na pierwszy rzut oka – nie do ogarnięcia. Na szczęście organizatorzy zadbali o to, by nikt nie pobłądził i podzielił wielkimi banerami całą halę na strefy – Rum, Gin, Sake i Whisky. Strefa VIP, jak już wspominałem, znajdowała się na piętrze, więc oprócz wejściówki, trzeba było zachować przez cały czas umiejętność wchodzenia po schodach.

Strefę whisky, bo na niej chciałbym się skupić, rozpoczynały whisky spoza Szkocji. Oprócz bogatej selekcji francuskich destylatów, można było spotkać naszą quasi-krajową destylarnie z Londynu – Bimber, gdzie w spokoju można było w końcu spróbować ich edycji podstawowych jak i tych przygotowanych specjalnie dla LMDW. Dodatkowo uchylili nam informacji, że w najbliższym czasie czeka nas kolejna premiera, z ich nowo powstałej destylarni w Szkocji. Idąc dalej witała nas w podświadomości melodia Bruce’a Springsteen’a, bo wchodziliśmy na teren okupowany przez reprezentantów Stanów Zjednoczonych i nie tylko z Kentucky! Whistle Pig, Mitcher’s, ale przede wszystkim mityczny już Blanton’s skutecznie przyciągały fanów kukurydzy z Europy. Ale nie tylko kukurydzy, były też przecież amerykańskie single malty – m.in. Westland. Po przejściu USA, nastał czas na podregion azjatycki w całej strefie, gdzie najbardziej widocznym graczami był Kavalan i Beam Suntory.

Po przejściu przez terytorium USA i reszty świata, witała nas już Szkocja. Tam mieliśmy już w czym wybierać. Oprócz klasyków – bardzo pokaźną strefę miał Dalmore, gdzie oferowali cały swój core range. Deanston – z core range i Single Caski. Glenfarclas z kilkoma edycjami ciekawszymi niż te co znamy z marketów. Brown Forman, który wyselekcjonował The Glenglassaugh jako swojego wybrańca na ten event. W pamięci zapadł również Pernod Ricard z dużym stoiskiem Glenliveta, na którym odbyła się premiera nowych edycji Glenliveta – 21yo i 25yo. Oprócz OB, też na dole można było zlokalizować IB, m.in. Berry Bros i ich wspaniała selekcja wariatów (obłędny daily sipper – Cognac Petite Champagne od Jean- Luc’a Pasquet’a) czy 53% Westland po Maderze z 2014 r. To tak na tyle z kluczowych punktów na parterze, czas się zebrać w garść i wejść po schodach, bo tam to dopiero czekała na nas magia.

Po wdrapaniu się na Mount Everest czekała na nas świątynia dla osób szukających dobrych Whisky. W prawym narożniku od wejścia, było stoisko LMDW z “koncerniakami” a wśród nich: Bowmore 30yo, Laphroaig 34yo, Ardbeg 19yo oraz 25yo, Caperdonich 25yo & 30yo, Braes 30yo i jakieś tam Craggielachie powyżej 17 lat, ale kto by sobie tym głowę zawracał :), a to dopiero pierwsza stacja i już można mieć wrażenie, że te 200EUR to była inwestycja życia.

Po przekątnej czekało na nas skromne stanowisko Silver Seal’a… skromne? Bo mieli tylko dwie pozycje, ale nie o ilość chodzi tylko o jakość, więc dowieźli to co mieli dowieźć. Menu wyglądało następująco: Imperial 27yo oraz Bunnahabhain 35yo+ butelkowane dla Whisky Antique – oby dwie pozycje wywalały z kapci.

Po takich sztosach przyszedł czas na cool down – czyli Signatory Vintage, gdzie można było spróbować nowego Ballechina 17yo po Burgundzie czy 26yo Glen Keith’a od SV. Dalej SMWS – 9.271 (Glen Grant) 27yo re-rackowany z ex burbonu do 2nd fill ex burbonu czy 19 letni 4.375 (Highland Park) o barwnej nazwie Tea-smoked salmon. Później przyszedł czas na That Boutique’y Whisky Company z 21 Ledaig’iem z ciekawym Thorem na etykiecie.

Po drugiej stronie Silver Seal’a czekała nas kolejna partia stoisk, a w nich m.in Gordon& Macphail z rewelacyjnym Convalmorem z 1982 r. Elixir Distillers z serią Makbeta, a tam 31yo Linkwood, 31yo Benriach, 31yo Cambus. Potem gdzieś tam się znalazł Whisky Sponge z 18yo Bowmore’m.

Zwieńczeniem świątyni było stanowisko Douglas Lanig, gdzie drugiego dnia czekała na nas whisky całego festiwalu czyli Port Ellen 40yo, butelkowanej z okazji 75 rocznicy. Z jednej strony to wielki zaszczyt móc spróbować takiej pozycji, która pewnie przy dzisiejszych cenach jest porównywalna do zakupu samochodu, a z drugiej to trochę gwałt na moralności, degustując ją w warunkach festiwalowych. Tak czy siak – Paryż dowiózł i to mocno, a to jeszcze nie koniec naszej przygody.

Co okazało się dalej? Ta mityczna świątynia ma jeszcze jedno pół piętro – zdominowane praktycznie w całości przez LMDW. Jedna strona poświęcona kolekcji Artist, rozbitej na dwa stoiska – serię over 30yo i te młodsze. W strefie dojrzalszej (over 30yo+) udało nam się załapać na Glen Keith’a 31yo, Benriacha 32yo oraz Littlemilla 34yo – Ardbeg z tej serii zniknął niczym Zbyszko 3 cytryny na najsłynniejszej imprezie wigilijnej, wiec niby był, ale nie był. W strefie młodszej, pokusiliśmy się tylko na 20 letniego Speyside’a, prawdopodobnie Glen Granta.

Na przeciwko serii Artist, było oblegane dosyć mocno stanowisko LMDW z IB oraz OB, gdzie był Macallan 20yo z 2003 r. od G&M, Glenfarclas 2013, Glenlivet 17yo od SV czy Benriach 26yo. Nasz francuski gospodarz nie zapomniał również o innych zakątkach świata, gdzie przygotował całą serię nowego blantonsa, Willeta czy inne wynalazki spoza Szkocji.

Oprócz stref do degustacji, było dedykowane stanowisko pod aukcje, gdzie w witrynkach umieścili białe kruki, które będą możliwe do wylicytowania oraz bar. Bar samplowy zawierał takie pozycje, że to co wcześniej opisywałem mogłoby (w większości wypadków) pucować buty, ale też było to osobno wycenione, gdzie cena wejściówki była równowartością szklanki wody.

Po zakończeniu festiwalu udaliśmy się na Cocktail Street, która była już dostępna dla wszystkich (z biletami i dla przechodniów). Ciekawym rozwiązaniem była “zmowa cenowa”, która z góry ustalała jedną cenę za drinka, obojętnie czy był on na Blanton’sie czy na Tito’s Potatoe Vodka.

Kończąc już i tak przydługawy wpis… super było! Ekstra, że udało nam się tam dotrzeć w trójkę, dobrze, że Fiszmak miał okazję wcześniej być to nie traciliśmy czasu na kłopoty z logistyką, a przede wszystkim mogliśmy rozłożyć moc na 3ch i nie poddać się ciężarowi degustacji. Już po tej edycji wiem, co będę robił we wrześniu 2024 r. Mam też nadzieję, że kto się waha by tam pojechać, to ten wpis rozwieje wszelkie wątpliwości!

Poniżej zrzut losowych zdjęć z losowych stanowisk