Gdyby zapytać dowolną osobę w swoim otoczeniu, który dzień tygodnia jest najgorszy, to w 105% przypadków padnie odpowiedź, że to poniedziałek. W większości wypadków bym nawet to potwierdził, ale dzisiaj to zupełnie inna sprawa. To zabawne jak człowiek potrafi szybko zmienić percepcję dnia, kiedy wpada do niego kurier z niespodzianką od Moet Hennessy Polska. Spiesząc się powoli, dziko rozpakowałem paczkę i mym oczom ukazało się bardzo eleganckie opakowanie z najnowszym dzieckiem destylarni – Glenmorangie Allta.

Jest to dziesiąta, jubileuszowa edycja z serii Glenmorangie Private Edition (ostatnie edycje można kojarzyć z festiwalu whisky – Bacalta finiszowana w beczkach po madeirze czy Spios, który dojrzewał w beczce po amerykańskiej „żytniej”). Przy tej wersji, producent postanowił skupić naszą uwagę na fundamentalnym znaczeniu drożdży przy produkcji Whisky. Jak wiadomo, do produkcji trunku potrzebujemy wody, ziarna oraz drożdży, więc używając prostej statystyki 33% sukcesu zależy od nich. Dzika, bo tak w tłumaczeniu z języka Gaelic została przetłumaczona Allta, ma symbolizować dzikie drożdże użyte do produkcji whisky. Dzikie drożdże zostały zidentyfikowane na jęczmieniu znajdującym się przy destylarni, więc nie zwlekano z ich użyciem zbyt długo i tak o to trafiły do procesu destylacji.

Gotowy destylat oparty na nowych, dzikich drożdżach trafił finalnie do beczek po burbonie (pierwszego i drugiego napełnienia), gdzie odleżał „wiele lat”. Producent z reguły unika podawania wieku na swoich edycjach prywatnych, więc jeśli najdzie duża potrzeba to można wstawić dowolną liczbę od 3 do 176 dla własnej satysfakcji.  Moc trunku wynosi 52,1%, ale nie ujęto czy to CS czy nie, a więc…

Kolor: Jasne złoto

Nos: Na pierwsze spotkanie otrzymałem soczysty klaps alkoholowy, który zniknął po pierwszej sekundzie robiąc miejsce dla nut orzechowych, słodkawych. Wyczuwalny orzech włoski, biała czekolada z karmelem, zapach młodego destylatu, cytrusy, bryza morska. Idąc dalej – mokra ziemia, pieprz, zielone jabłko i sam karmel.

Smak: Delikatnie wyczuwalny alkohol, trochę słodko –  słodka śmietanka, wanilia, kawa z mlekiem, likier baileys oraz trochę gorzko –  skórka z grejpfruta, delikatnie drewniany.

Finisz: Średnio długi, mocno deserowy – kremowa, słodka kawa, herbatniki

Wnioski: W zapachu przypomina whisky młodą, podchodzącą pod whisky grain, ale z czasem nabiera wieku i na samym końcu staje się dostojną oazą słodkości. Coś w rodzaju rodzinnego obiadu, na początku wszyscy są głodni i agresywni, by na samym końcu skakać z radości przy deserze. Czy wyczuwalny jest wpływ drożdży? Możliwe, tak przynajmniej sobie tłumaczę tą „dzikość” aromatu i smaku.

Z danych od producenta: Whisky powinna być już dostępna w wybranych punktach sprzedażowych, a jej rekomendowana cena nie powinna przekroczyć 400 PLN.

Wielkie podziękowania dla Kuby, ambasadora marki Ardbeg i Glenmorangie za możliwość degustacji tej edycji!