Czas majówki minął, pora wrócić do świata żywych. W końcu udało mi się zebrać i zacząć przeglądać notatki z mojej podróży do Szkocji. Jak wiadomo, samo picie whisky jest już przyjemnym doznaniem, ale co się przekonałem na własnej skórze, odwiedzenie destylarni to zupełnie inne, równie rewelacyjne uczucie. Niestety celem mojej podróży nie było zwiedzanie jak największej ilości destylarni, więc jeżeli trafiła mi się taka możliwość to wykorzystywałem ją. Na pierwszy ogień udało mi się dotrzeć do Glengoyne’a, ale szkopuł tkwił w tym, że miałem maksymalnie 2h na jej zwiedzenie.

Glengoyne leży u podnóża jednej z licznych gór w Szkocji, jednak Dumgoyne, bo o niej mowa, jest na tyle wyjątkowa, że można ją łatwo wypatrzeć i ze Stirling i z Glasgow. Nie zwlekając dłużej, pobiegłem z parkingu do kasy by zakupić szybko bilet na pierwszy lepszy tour z degustacją. Na początku każdy z uczestników dostał po dramie 12yo, aby mógł w dosyć przyjemny sposób cieszyć się z oglądania filmu o destylarni. Tutaj szczegółów nie będę zdradzał, bo są one dostępne na Wikipedii. Po wyjściu z części sklepowej, zostaliśmy zaprowadzeni do serca destylarni, czyli tam gdzie ta cała magia się dzieje. Z najciekawszych rzeczy zanotowałem:

  • Słód jęczmienny, który zamawiają opalano antracytem, który jest bezdymny.
  • Dostawy słodu to ok. 36 ton, przywożone raz na dwa tygodnie.
  • Odpady poprodukcyjne przeznaczane są jako biopaliwo służące do ogrzewania lokalnego miasteczka, wcześniej oddawane były do rolników.
  • Washback, do którego trafia słód z wodą, a potem drożdże (60kg) kosztuje ok. 35 tys. GBP.
  • Glengoyne ma najniższy wskaźnik destylacji w całej Szkocji 5l/minutę, dla porównania inne destylarnie mają średnio 50l/minutę (myślę, że może to nie dotyczyć wszystkich mikrodestylarni, które teraz powstają)
  • New make, który po 2,5 krotnej destylacji ma 72%, trafia finalnie do magazynu po drugiej stronie ulicy, która jest granicą pomiędzy regionem highland i lowland. Magazyn znajduje się po stronie Lowlands.
  • 5% beczek wykorzystywanych w Glengoyne to beczki po Burbonie, pozostałe to głównie europejskie beczki po sherry.

Największe wrażenie w całym obiekcie zrobiło na mnie dawne pomieszczenie magazynowe po stronie destylarni. Doskonale przygotowana tablica pokazująca różnice pomiędzy dojrzewaniem whisky w różnych beczkach w podziale na lata – każda butelka pokazywała kolejny rok leżakowania trunku. Dodatkowo ciekawe były pokazane przekroje drzew, z których wykonuje się beczki, dzięki czemu mieli dobry argument by uzasadnić wykorzystywanie europejskiego dębu nad amerykańskim.

Wycieczka zakończyła się oczywiście w sklepie, w którym można było sobie zabutelkować własnego Glengoyna i kupić gadżety związane z marką. Na odchodne otrzymaliśmy po dramie 18yo, mając jeszcze parę minut czasu postanowiłem pozwiedzać okolicę. Indywidualnie już udało mi się ujrzeć wodospad, który znajdował się na tyłach obiektu, zbiornik z wodą, której używają do chłodzenia instalacji i płytę kamienną z wyrytą datą startu obiektu.

Podsumowując, była to moja pierwsza wizyta w destylarni. W końcu mi się udało zobaczyć na własne oczy jak wygląda proces produkcji whisky, więc to jest dla mnie największa wartość dodana. Dodatkowo, Glengoyne leży w tak pięknej okolicy, że moja wizyta z ograniczonym czasem była delikatnie bez sensu. Czuję niedosyt, że nie mogłem posiedzieć troszeczkę dłużej na tarasie w kafejce należącej do destylarni i nacieszyć się okoliczną przyrodą.